poniedziałek, 3 października 2016

Biegnij Warszawo 2016 - mini relacja

        Moim celem do dnia zawodów było poprawienie rekordu trasy, który plasował się w okolicach 58 minut. Niestety tuż przed startem okazało się, że szwagier porywa się na 55 minut w swoim debiucie na tym dystansie. Nie mogłem tego tak zostawić. Spiąłem, więc poślady i wykręciłem czas 00:55:29, o jakieś 45 sekund wyprzedzając szwagra i tym samym bijąc swój własny rekord tej akurat trasy.
Było bardzo gorąco, co nie ułatwiało biegu. Nie mam w zwyczaju na takim dystansie korzystać z punktów nawadniających, ale rozsądek, tym razem, zwyciężył. Szkoda, że nie u wszystkich. Widziałem na trasie kilka osób, którymi musieli zająć się sanitariusze. Nie widziałem za to, po raz pierwszy chyba, kibiców z równoległej akcji „maszeruję kibicuję”. Podejrzewam, że to przez to, iż tak pędziłem i nie zdążyli dotrzeć do miejsca na trasie, w którymi mieli się mijać z biegaczami.
Impreza bardzo udana i szkoda tylko, że tak mało spotkałem na trasie znajomych.


fot. Andrzej Jurewicz

wtorek, 23 sierpnia 2016

Triathlon Kozienice 2016


Ostatni start triathlonowy w sezonie 2016 już za mną. Sezon, podobnie jak i w zeszłym roku, zakończyłem startem w Kozienicach na dystansie sprinterskim tj. 750m/19.5km/4.5km.

Pogoda dopisała, a słoneczko grzało zawodników podczas całej imprezy temperaturą 28 stopni.

Podczas rozgrzewki pływackiej zrobiłem sobie chwilę relaksu i zacząłem unosić sie na wodzie na plecach oglądając chmury. Pomyślałem sobie, że "powróżę" z nich sobie i poszukam jakiegoś kształtu, który powie mi jak mi pójdzie na zawodowach. W jednej chwili obłoki ułożyły się w kształ, który mógł być zinterpretowany dwojako. Mogła być to rakieta, albo kształ anatomiczny, męski. Na dwoje babka wróżyła :-) 

Płynęło mi się całkiem dobrze, rzekłbym standardowo. Wyszedłem z wody w miarę na oczekiwanej pozycji. Wbiegłem do strefy zmian i od razu wróżba z chmur zaczęła się klarować. Okazało się, iż zacząłem zdejmować piankę nie przy swoim stanowisku. Przeprosiłem osobę, której miejsce zająłem i doczłapałem do swojego numeru. Tak mi się przynajmniej wydawało, bo po chwili znowu ktoś mi zwrócił uwagę i dopiero za trzecim podejściem znalazłem się przy swoim rowerze, Zupełnie jakby to był dla mnie pierwszy start. Podobne rowery, kaski i ułożenie rzeczy w kuwecie totalnie mnie zmyliły, a numery 50, 52 i 54 to prawie te same numery :-)

Pierwsze 9km roweru nastrajało pozytywnie, do czasu aż nie zaczęło mocno wiać i nadzieja na poprawę zeszłorocznego wyniku zaczęła słabnąć, a kształ chmur coraz bardziej się klarował. 

Trasa biegowa w porównaniu z zeszłym rokiem została zmieniona. Do widoku publiczoności została udostępniona jej płaską część, podczas gdy ukryta dla ich oczu pozostała część leśno-crossowa oraz długi podbieg po wybiegnięciu z terenu ośrodka.

Na mecie okazało się, że totalnie źle zinterpretowałem wróżbę z chmur. Zdecydowanie nie była to rakieta :-) Ale nie ma się czemu dziwić, skoro przez ostatnie 3 tygodnie przed startem prawie nic nie trenowałem ze względu na przeziębienie i nawroty kaszlu.

Mimo wszystko jestem zadowolony. Impreza była zorganizowana super. Wydaje się, że z roku na rok jest coraz fajniej. Zawody są kameralne. Startowało jedynie około 120 osób. Trasa wymagająca. W tym roku w pakiecie startowym znalazła się czapka jesienno-zimowa oraz komin na szyję. Jest to moim zdaniem miła odmiana od standardowej koszulki technicznej, których i tak każdy z nas ma już pod dostatkiem. Medal również ładny i oryginalny, Zawody organizowane są w sobotę, a zazwyczaj inni organizatorzy decydują się na niedzielę. Odległość 70km od Warszawy sprawia, iż nie trzeba martwić się o nocleg, chociaż ten i tak jest możliwy do zorganizowania w Kozienicach. Zdecydowanie polecam wszystkim tą imprezę!




wtorek, 16 sierpnia 2016

VOLVO Triathlon Nieporęt 2016

Dziś krótko. Czemu? O tym dowiesz się na końcu tego wpisu.

Chciałem z miejsca podziękować moim rodzicom i żonce, którzy zrobili dziś ze mną swoją wersję triathlonu biegając za mną z aparatem i zagrzewając mnie do boju. Bez kozery był to dystans jakichś 10.000 kroków, co w ich (rodziców) wieku to nie byle dystans!
Fajnie było też na trasie zobaczyć inne znajome twarze: sąsiadów Kasi i Łukasza oraz kolegi z pracy Piotrka.

Co lubię w startach? To, że na każdym z nich poznaję nowych ludzi. Wymiana paru słów i uwag na jednych zawodach sprawia, że gdy spotykamy się w innym miejscu już się znamy i wymieniamy chociaż kurtuazyjne "cześć", ale przeważnie zajmuje to kilka minut.
Dziś spotkałem Gary'ego (więcej o nim możesz przeczytać w mojej poprzedniej relacji pod tym linkiem), z którym zamieniłem kilka słów odnośnie ostatniego wspólnego finiszu. Z tłumu w wodzie wyłapałem też Łukasza - naszego ślubnego fotografa. Na trasie już, widziałem chłopaków z basenu oraz z klubu TRI4fun, pod banderą którego występowałem. Przewinął się też lider akcji "Biegiem na Pomoc" - Łukasz K. Był też reprezentant riqqon. Lubię to :)

Na pewno przeszło Ci przez myśl, o czym ten człowiek myśli spędzając tyle czasu w ruchu. Otóż wymienię kilka rzeczy, dzięki którym dystans aż tak mi się nie dłuży:
  1. Wymyślam, na czym będzie koncentrowała się moja pisemna relacja i staram się ułożyć jakieś chwytliwe zwroty, zapamiętać kluczowe momenty, ocenić imprezę.
  2. Szukam wśród startujących i kibiców znajomych - to już wiesz.
  3. Obmyślam plan. Tym razem myśli me dryfowały w kierunku remontu łazienki.
  4. Zabawiam rozmową osobę o zbliżonym ilorazie intelignecji, czyli samego siebie:
Jak taka rozmowa może wyglądać? Ano na przykład tak:
- Znacząco zwolniłeś na rowerze. Co się dzieje?
- Albo opadłem z sił, albo to przez ten wiatr...
- No to zjedz coś.
- Super pomysł.
Zaczynam grzebać w przyczepionej do ramy torbie na różne różności, w której akurat podczas startów znajdują się przeróżne przysmaki. Tym razem były to różnego rodzaju suszone owoce (żelom energetycznym powiedziałem ostatnio stanowcze NIE). Jeśli takie owoce, dajmy na to, wysypią się z torebki, to wtedy czas spędzam na szukaniu ich wewnątrz schowka dzięki czemu "gubię" kolejne minuty.

I tak jakoś niespodziewanie znajduję się przed linią mety, którą przekraczam, odbieram medal i do domu pisać relację :-)

Podsumowując moja subiektywna ocena imprezy przedstawia się następująco...

PLUSY:
  1. Punktualność startów
  2. Przestronna strefa zmian
  3. Start we wczesnych godzinach (10:00 dla dystansu 1/4 IM) zanim słońce dało mocniej popalić
  4. Organizacja startów dla wszystkich dystansów rozłożona w czasie tak, że podczas części biegowej wszyscy mieli szansę się spotkać.
  5. Woda rozdawana nie tylko w kubeczkach, ale w całych 0,5 litrowych butelkach
  6. Naklejki na kask i rower dały się zdjąć bez problemów i nie zostawały na sprzęcie żadne resztki
  7. Ładny medal

MINUSY:
  1. Lokalizacja imprezy, zmuszająca kibiców do wczesnego przyjazdu, z powodu zamknięcia dróg dojazdowych  pokrywających się z trasą rowerową.
  2. Brak wystarczającej liczby miejsc parkingowych w ośrodku i jego bliskiej okolicy
  3. Podczas dwóch pętli rowerowych tylko raz przejechał obok mnie sędzia - tyle jeśli chodzi o drafting.
  4. Wyjazd na trasę kolarską po nierównej i ostrej kostce brukowej (300m x 2 - wliczając powrót)
  5. Długość trasy kolarskiej o 2 km dłuższa niż zakładane 45km (wg Garmin)

W tym roku po raz drugi w swojej "karierze" podjąłem wyzwanie VOLVO w Nieporęcie... i wydaje się, że ostatni. Waga minusów ma dla mnie większe znaczenie niż plusów. Nie oznacza to, że nie wypróbuję zawodów tego sponsora w innej lokalizacji. Ale do odwołania "żegnaj" Nieporęcie ze stajni VOLVO.

niedziela, 19 czerwca 2016

5i50 Warszawa - dystans olimpijski

To nie był mój dzień. Zapewne tym stwierdzeniem niejednokrotnie tłumaczyliście się, gdy coś poszło nie po Waszej myśli. Ale to tylko pusty frazes dopóki nie zostanie przeprowadzona analiza, która pozwoli uniknąć podobnej sytuacji w przyszłości. Czas więc na moje przemyślenia.

Dzień przed zawodami.

Spakowałem cały niezbędny sprzęt, wrzuciłem rower na bagażnik i w okolicach godziny 10:00 zjawiłem się z żoną na Placu Teatralnym, aby odebrać pakiet startowy i zostawić rzeczy biegowe w strefie T2. W biurze zawodów z samego rana nie było jeszcze zbyt wielu zawodników, więc pakiet startowy odebrałem błyskawicznie. Obszedłem działające już expo i jako że przyjmowanie worków ze sprzętem do T2 miało nastąpić dopiero od godziny 11:00 (czego nie doczytałem) to postanowiliśmy pojechać do Nieporętu, najpierw odstawić rower, a resztę załatwić podczas popołudniowej odprawy i pasta party. 


Niestety wjazd do ośrodka w Nieporęcie, w którym miała się odbyć impreza, był niemożliwy. Wolontariusze kierowali do oddalonego o 1km sąsiedniego ośrodka na płatny parking. Gburowaty ochroniarz wskazał drogę z parkingu do miejsca docelowego. Mimo, że droga nie była skomplikowana moim zdaniem zabrakło oznaczeń, które utwierdziłoby mnie w przekonaniu, że idę w dobrym kierunku. Spacerując brzegiem zalewu mogliśmy podziwiać jak silny wiatr spienione goni fale :-) i trzymać kciuki, aby tak nie wiało w dniu startu.
Strefa zmian T1 zaraz po otworzeniu
Jako jeden z pierwszych zostawiłem rower w strefie zmian T1, do której wszedłem sobie jak gdyby nigdy nic. Przy wejściu nikt nie sprawdził mojego numeru startowego, ani wymaganej opaski identyfikującej. Jedynie fotograf zrobił mi zdjęcie z rowerem. Wychodząc zapytałem wolontariuszy, czy coś jeszcze muszę zrobić. "Nic" - padła odpowiedź. Zostawiłem więc jeszcze nieopodal worek z rzeczami na rower i wróciliśmy do domu.
Leżąc sobie na balkonie na leżaku i analizując na spokojnie czy wszystko odstawiłem, czy wszystko mam, nadleciała myśli i strzeliła mnie z hukiem w potylicę - "NIE MAM CHIPA!!!" Okazało się, że nie pobrałem go ze strefy w Nieporęcie. Ciśnienie mi skoczyło, wkurzenie osiągnęło apogeum. Przecież pytałem czy to wszystko! Gdzie było jakieś oznaczenie namiotu z chipami? Oczywiście wina była moja, gdyż gdzieś tam w broszurze informacyjnej było napisane, że chipy należy odebrać w strefie T1, ale mając do rozstawienia sprzęt w różnych miejscach i cały ten przedstartowy reisefieber to mogło mi to umknąć. Nie umknęłoby jednak gdyby strefa była lepiej oznaczona, a wolontariusze bardziej ogarnięci. Chyba lepszym rozwiązaniem byłoby gdyby chipy były załączone od razu w pakiecie startowym lub chociaż wydawane w strefie T2 na Placu Teatralnym.
I tak chcąc załatwić wszystko z rana musiałem ponownie wybrać się do Nieporętu, tym razem stojąc już w korkach. Na styk zdążyliśmy na odprawę. Na szczęście mogliśmy się pokrzepić makaronem w trzech wariantach smakowych i zimnym napojem podczas pasta party. Nastrój nieco się poprawił. To był intensywny dzień.

Dzień zawodów.

4:45 - pobudka. Szybki spacer z psem, lekkie śniadanie tj. zblendowany kefir, 2 banany, łyżka miodu, kilka chwil relaksu i już o 6:00 mkniemy samochodem z ekipą TRI4fun Piaseczno na Plac Teatralny skąd, podstawione przez organizatorów autobusy mają nas zabrać na start. Odjazd do strefy T1 nastąpił planowo o 6:30. Ludzi masa. Każdy miał nadzieję zająć miejsce siedzące i jeszcze kimnąć przez te 45 minut podróży. Mi udało się przycupnąć jedynie na schodku, ale lepszy rydz niż nic.
Ekipa TRI4fun Piaseczno
Ludzie wylali się falą z autobusów i podążyli do strefy zmian sprawdzić sprzęt, dopompować koła, przymocować żele energetyczne i zainstalować bidony z piciem. Dałem się ponieść tej fali.
Zanim się obejrzałem musiałem już złożyć do depozytu ubranie, w którym przyjechałem. Nie pozostało mi  nic innego jak udać się nad brzeg zalewu i założyć piankę. Na szczęście wiatr nie wiał tak mocno jak dzień wcześniej i nie było tak dużych fal. Natomiast były już rozstawione boje nawigacyjne wytyczające trasę. I tu "mały" szok. Ledwo mogłem dostrzec ostatnią bojkę, za którą miał nastąpić nawrót. Jednak ten sam dystans pokonywany na basenie nie robi takiego wrażenia jak zobaczenie go w linii prostej na akwenie otwartym.

9:00 - wystartowali zawodowcy kategorii PRO. Gdy tuż przed  9:10 szykowała się do startu pierwsza fala amatorów, organizator ogłosił przesunięcie godziny startu ze względów bezpieczeństwa. Jak się potem okazało, chodziło o domniemanie podłożenia bomby w okolicy strefy zmian. Wyjaśnienie sprawy zajęło około godziny i z takim też opóźnieniem nastąpił start. No cóż, zdarza się, wypadek niezależny od organizatora, ale czekając przez tą godzinę zdążyłem już zgłodnieć. Nie tylko ja z resztą. Organizator nie był przygotowany na zaproponowanie chociażby wody. Szkoda. Nauka na przyszłość.

Tuż po wyjściu z wody
START. Pierwsze 50 metrów pokonałem brodząc w wodzie po pas, a potem poszło już z górki. Płynęło mi się całkiem dobrze i spokojnie. Podział startu na fale był bardzo dobrym pomysłem i pozwolił na naturalne rozciągnięcie się zawodników na trasie. Udało mi się uniknąć przytapiania czy kopnięć, ale widziałem później na zdjęciach z imprezy, że jeden zawodnik stracił jedynkę właśnie na etapie pływackim. Dobieg do strefy na całej długości wyłożony był dywanem, także w miarę szybko nie bacząc gdzie się stąpa, dotarłem do swoich rzeczy i w niecałe 5 minut byłem już na rowerze.
Trasa rowerowa - jeszcze w Nieporęcie
W okolicach Pl. Piłsudskiego
Pierwsze 30km jechało mi się fantastycznie z bardzo dobrą, jak ten sezon startowy i biorąc pod uwagę zeszłotygodniowy start w Ślesinie, średnią lekko powyżej 30km/h. Trasa była płaska i szybka. Cieszyłem się, że wykonam założony plan. Niestety po dojechaniu do Warszawy okazało się, że miasto wydaje się być położone na wzgórzu. Od Modlińskiej do Mostu Północnego wiał mocny fordewind. Podjazd pod sam most też mocno mnie zaskoczył swoją długością. Dobrze, że tuż przed skrętem na most stała pierwsza ekipa moich kibiców. Szwagier coś krzyczał, ale tak szybko przemknąłem, że dokładnie nie wiem co :-) Grunt, że tam byli i sprzedawali pozytywne kopniaki. Od momentu dojazdu do miasta było już coraz bliżej do końca etapu, więc nie szczędziłem sił na te ostatnie kilometry. Tuż przed strefą zmian wyjąłem nogi z butów żeby bezpiecznie i szybko zeskoczyć z roweru i w tym momencie poczułem skurcze w łydkach. Miałem nadzieję, że nie utrzymają się długo i zaraz je rozbiegam. Niestety podczas całego biegu czułem, że każde mocniejsze odbicie może zakończyć się skurczem, dlatego też biegłem dosyć zachowawczo. Poza tym chyba lekko przegiąłem na rowerze i podczas biegu opadałem powoli z sił. Swoje dołożył też zeszłotygodniowy start na dystansie 1/4 IM oraz opóźniony o godzinę start i przez to rozregulowane odżywanie na trasie. Na szczęście rodzinka (rodzice i żona) dodawała otuchy w kluczowych momentach i dziarsko zmieniali miejsca, z których kibicowali tak, żebym zobaczył ich jak największą ilośc razy podczas całego biegu. Największym wyzwaniem trasy biegowej okazały się podbiegi pod ulicę Karową, o której komentatorzy barbórki mówią, iż "potrafi ugościć każdego". Tego dnia byłem chyba nieproszonym gościem... 
Bardzo dobrym pomysłem było rozstawienie na tym właśnie odcinku zespołów muzycznych oraz punktów żywieniowych, z których regularnie korzystałem.
"Gary move out! "
Zbliżając się do mety zacząłem doganiać jednego zawodnika. Zerknąłem na jego imię na numerze startowym. To był Gary. Przez kilkadziesiąt metrów biegliśmy jednym, spokojnym tempem, do czasu skrętu na długą prostą finiszu. Przyspieszyłem. Gary również. Wszedłem na maksymalne obroty. On też. Widać obydwaj chcieliśmy dać widzom ładne widowisko na ostatnich metrach. Gary wyglądał na starszego ode mnie jednakże nie dawał za wygraną. W myślach krzyczałem "Gary move out. Gotta keep him at bay." :-) jak w tym popularnym filmiku na youtube z aligatorem i kajakarzem. Na metę wbiegłem tuż przed Garym, co jednak w finalnym rozrachunku nie miało znaczenia, bo Gary startował w późniejszej fali, więc i tak był szybszy ode mnie mimo, że przekroczył linię mety chwilę po mnie.
Jeszcze tylko odbiór fajnej koszulki finishera, szybki grawer nazwiska oraz czasu na medalu i można było zawinąć się z tym całym majdanem worków i sprzętu do domu. Czekając na przystanku na autobus udało mi się jeszcze przyciągnąć uwagę jakiegoś lumpa. Podejrzewam, iż mógł go zachęcić mój zapach po zawodach poniekąd zbliżony do jego naturalnego:-)
W dwóch słowach - impreza z rozmachem, ale wymaga jeszcze kilku drobnych szlifów.












poniedziałek, 6 czerwca 2016

Triathlon Ślesin 2016 - 1/4 IM

carbo-loading
Co tu dużo mówić... Wymarzona pogoda na start. Temperatura 24 stopnie, słońce i jakiś taki spokój wewnętrzny. Oczywiście ten spokój odczuwalny był dopiero w momencie startu. Do tego czasu tabun myśli przetaczał mi się przez głowę. Czy pobiję zeszłoroczny czas? Czy nie złapię gumy? Czy mnie nikt nie podtopi? Czy złamię wymarzone 3h? itp. itd. 
Po sygnale startowym spokojnie włączyłem stoper, zablokowałem przyciski i wszedłem (nie wbiegłem) do wody. Płynęło mi się bardzo dobrze i równo. Nikt mnie tym razem nie podtopił, nie opiłem się wody,  chociaż było kilka klepnięć i kopnięć, w większości mojego autorstwa.
drużyna wsparcia
Po stromym podbiegu do strefy T1 spędziłem w niej chwilę walcząc z pianką, która dzielnie stawiała opór, nie chciała współpracować i dać się ściągnąć z kostek. 
Część rowerową, mimo miejscami silnego wiatru w twarz, również pokonałem spokojnie. Starałem się maksymalnie wykorzystać wszelkie możliwe zjazdy, aby nadgonić czas stracony na podjazdach i walce z wiatrem. W porównaniu z zeszłym rokiem cały czas widziałem kogoś przed sobą. Nie wiem czy to kwestia lepszej formy i zrzuconych 6 kilogramów, czy było po prostu więcej zawodników.
Tuż po rozpoczęciu biegu złapał mnie mały skurcz w łydkę zmuszając do chwilowego zwolnienia i przyzwyczajenia mięśni do innego rodzaju wysiłku. Kurtyna wodna rozstawiona w połowie trasy biegowej sprawiała cudowną ulgę, tak samo jak woda ze zraszacza, którą na trasie polewał biegnących jeden z miejscowych kibiców. W tym roku jakoś ciężko mi było pić wodę w punktach kontrolnych. Wraz z płynem łapałem dużo powietrza, które po jakimś czasie musiało w końcu opuścić ciało me otworem paszczowym :-) Rycząc niczym ranny łoś oznajmiałem swoją obecność na trasie, no ale w końcu to duży wysiłek i moim zdaniem do wybaczenia.
T2 - koniec trasy rowerowej
Już na początku biegu wiedziałem, że mam szanse na złamanie 3 godzin. Przestawiłem na wyświetlaczu pulsometra ekran na ten pokazujący czas całkowity i starałem się spiąć, aby sprostać zadaniu. Na szczęście mogłem, jak i na całej z resztą trasie, liczyć na moich kibiców, którzy dodawali mi sił na kolejnych pętlach. Gdy pod koniec czwartego okrążenia oczom mym ukazała się meta z zegarem pokazującym 02:58:00 wiedziałem, że osiągnę swój cel. Z czasem 02:58:35 pobiłem swój rekord życiowy i przy okazji trasy ślesińskiej o 9 minut i 39 sekund. 
Na mecie czekała już na mnie rodzina oraz Adam z drużyny TRI4fun Team Piaseczno, z którym to zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie. 
Zdecydowanie polecam starty w Ślesinie. Fajne trasy, widoki, miejscowi kibice i generalnie atmosfera zachęcają do powrotu w to miejsce, co rok.


Niech ryczy z bólu ranny łoś,
Zwierz zdrów przebiega knieje,
Ktoś nie śpi, aby spać mógł ktoś.

To są zwyczajne dzieje.

William Shakespeare


TRI4fun Team Piaseczno na mecie
A poniżej krótka relacja filmowa.


niedziela, 17 stycznia 2016

Tost z kozim serem i jajkiem sadzonym

Tost z kozim serem i jajkiem sadzonym
Dziś rano, tuż po obudzeniu spadła na mnie znienacka wizja śniadania, a konkretnie tosta z  kozim serem na ostro. Nie dała mi ona długo poleżeć w łóżku. W niecałe 10 minut została więc zrealizowana.

Składniki:

chleb razowy - 30g/1 kromka
ser kozi w plastrach - 16g/1 plasterek
pomidor - 40g/1 plaster
cebula - 6g/kilka piórek
masło - 5g
jajko - 1 szt
sos sriracha - 1 łyżeczka

wartość energetyczna - 263kcal
białko - 12g
węglowodany - 17g
tłuszcze - 15g

Sposób przygotowania:

Na kromkę chleba połóż plasterek koziego sera i włóż do piekarnika z włączoną opcją grilową, rozgrzanego do 170 stopni. Całość zapiekaj jakieś 5 minut.
W międzyczasie rozpuść masło na patelni i rozbij na niej jajko.
Wyjmij tosta z piekarnika, połóż na nim plaster pomidora z cebulą. Nakryj go jajkiem sadzonym. Całość skrop ostrym sosem sriracha/tabasco.

Wegetariańska dieta ketogeniczna - One More Luv - recenzja

Wstęp Kiedy waga łazienkowa pokazała bez ostrzeżenia numerek zaczynający się od cyfry 9 postanowiłem zareagować. Jako, że miesiąc temu miałe...