niedziela, 19 czerwca 2016

5i50 Warszawa - dystans olimpijski

To nie był mój dzień. Zapewne tym stwierdzeniem niejednokrotnie tłumaczyliście się, gdy coś poszło nie po Waszej myśli. Ale to tylko pusty frazes dopóki nie zostanie przeprowadzona analiza, która pozwoli uniknąć podobnej sytuacji w przyszłości. Czas więc na moje przemyślenia.

Dzień przed zawodami.

Spakowałem cały niezbędny sprzęt, wrzuciłem rower na bagażnik i w okolicach godziny 10:00 zjawiłem się z żoną na Placu Teatralnym, aby odebrać pakiet startowy i zostawić rzeczy biegowe w strefie T2. W biurze zawodów z samego rana nie było jeszcze zbyt wielu zawodników, więc pakiet startowy odebrałem błyskawicznie. Obszedłem działające już expo i jako że przyjmowanie worków ze sprzętem do T2 miało nastąpić dopiero od godziny 11:00 (czego nie doczytałem) to postanowiliśmy pojechać do Nieporętu, najpierw odstawić rower, a resztę załatwić podczas popołudniowej odprawy i pasta party. 


Niestety wjazd do ośrodka w Nieporęcie, w którym miała się odbyć impreza, był niemożliwy. Wolontariusze kierowali do oddalonego o 1km sąsiedniego ośrodka na płatny parking. Gburowaty ochroniarz wskazał drogę z parkingu do miejsca docelowego. Mimo, że droga nie była skomplikowana moim zdaniem zabrakło oznaczeń, które utwierdziłoby mnie w przekonaniu, że idę w dobrym kierunku. Spacerując brzegiem zalewu mogliśmy podziwiać jak silny wiatr spienione goni fale :-) i trzymać kciuki, aby tak nie wiało w dniu startu.
Strefa zmian T1 zaraz po otworzeniu
Jako jeden z pierwszych zostawiłem rower w strefie zmian T1, do której wszedłem sobie jak gdyby nigdy nic. Przy wejściu nikt nie sprawdził mojego numeru startowego, ani wymaganej opaski identyfikującej. Jedynie fotograf zrobił mi zdjęcie z rowerem. Wychodząc zapytałem wolontariuszy, czy coś jeszcze muszę zrobić. "Nic" - padła odpowiedź. Zostawiłem więc jeszcze nieopodal worek z rzeczami na rower i wróciliśmy do domu.
Leżąc sobie na balkonie na leżaku i analizując na spokojnie czy wszystko odstawiłem, czy wszystko mam, nadleciała myśli i strzeliła mnie z hukiem w potylicę - "NIE MAM CHIPA!!!" Okazało się, że nie pobrałem go ze strefy w Nieporęcie. Ciśnienie mi skoczyło, wkurzenie osiągnęło apogeum. Przecież pytałem czy to wszystko! Gdzie było jakieś oznaczenie namiotu z chipami? Oczywiście wina była moja, gdyż gdzieś tam w broszurze informacyjnej było napisane, że chipy należy odebrać w strefie T1, ale mając do rozstawienia sprzęt w różnych miejscach i cały ten przedstartowy reisefieber to mogło mi to umknąć. Nie umknęłoby jednak gdyby strefa była lepiej oznaczona, a wolontariusze bardziej ogarnięci. Chyba lepszym rozwiązaniem byłoby gdyby chipy były załączone od razu w pakiecie startowym lub chociaż wydawane w strefie T2 na Placu Teatralnym.
I tak chcąc załatwić wszystko z rana musiałem ponownie wybrać się do Nieporętu, tym razem stojąc już w korkach. Na styk zdążyliśmy na odprawę. Na szczęście mogliśmy się pokrzepić makaronem w trzech wariantach smakowych i zimnym napojem podczas pasta party. Nastrój nieco się poprawił. To był intensywny dzień.

Dzień zawodów.

4:45 - pobudka. Szybki spacer z psem, lekkie śniadanie tj. zblendowany kefir, 2 banany, łyżka miodu, kilka chwil relaksu i już o 6:00 mkniemy samochodem z ekipą TRI4fun Piaseczno na Plac Teatralny skąd, podstawione przez organizatorów autobusy mają nas zabrać na start. Odjazd do strefy T1 nastąpił planowo o 6:30. Ludzi masa. Każdy miał nadzieję zająć miejsce siedzące i jeszcze kimnąć przez te 45 minut podróży. Mi udało się przycupnąć jedynie na schodku, ale lepszy rydz niż nic.
Ekipa TRI4fun Piaseczno
Ludzie wylali się falą z autobusów i podążyli do strefy zmian sprawdzić sprzęt, dopompować koła, przymocować żele energetyczne i zainstalować bidony z piciem. Dałem się ponieść tej fali.
Zanim się obejrzałem musiałem już złożyć do depozytu ubranie, w którym przyjechałem. Nie pozostało mi  nic innego jak udać się nad brzeg zalewu i założyć piankę. Na szczęście wiatr nie wiał tak mocno jak dzień wcześniej i nie było tak dużych fal. Natomiast były już rozstawione boje nawigacyjne wytyczające trasę. I tu "mały" szok. Ledwo mogłem dostrzec ostatnią bojkę, za którą miał nastąpić nawrót. Jednak ten sam dystans pokonywany na basenie nie robi takiego wrażenia jak zobaczenie go w linii prostej na akwenie otwartym.

9:00 - wystartowali zawodowcy kategorii PRO. Gdy tuż przed  9:10 szykowała się do startu pierwsza fala amatorów, organizator ogłosił przesunięcie godziny startu ze względów bezpieczeństwa. Jak się potem okazało, chodziło o domniemanie podłożenia bomby w okolicy strefy zmian. Wyjaśnienie sprawy zajęło około godziny i z takim też opóźnieniem nastąpił start. No cóż, zdarza się, wypadek niezależny od organizatora, ale czekając przez tą godzinę zdążyłem już zgłodnieć. Nie tylko ja z resztą. Organizator nie był przygotowany na zaproponowanie chociażby wody. Szkoda. Nauka na przyszłość.

Tuż po wyjściu z wody
START. Pierwsze 50 metrów pokonałem brodząc w wodzie po pas, a potem poszło już z górki. Płynęło mi się całkiem dobrze i spokojnie. Podział startu na fale był bardzo dobrym pomysłem i pozwolił na naturalne rozciągnięcie się zawodników na trasie. Udało mi się uniknąć przytapiania czy kopnięć, ale widziałem później na zdjęciach z imprezy, że jeden zawodnik stracił jedynkę właśnie na etapie pływackim. Dobieg do strefy na całej długości wyłożony był dywanem, także w miarę szybko nie bacząc gdzie się stąpa, dotarłem do swoich rzeczy i w niecałe 5 minut byłem już na rowerze.
Trasa rowerowa - jeszcze w Nieporęcie
W okolicach Pl. Piłsudskiego
Pierwsze 30km jechało mi się fantastycznie z bardzo dobrą, jak ten sezon startowy i biorąc pod uwagę zeszłotygodniowy start w Ślesinie, średnią lekko powyżej 30km/h. Trasa była płaska i szybka. Cieszyłem się, że wykonam założony plan. Niestety po dojechaniu do Warszawy okazało się, że miasto wydaje się być położone na wzgórzu. Od Modlińskiej do Mostu Północnego wiał mocny fordewind. Podjazd pod sam most też mocno mnie zaskoczył swoją długością. Dobrze, że tuż przed skrętem na most stała pierwsza ekipa moich kibiców. Szwagier coś krzyczał, ale tak szybko przemknąłem, że dokładnie nie wiem co :-) Grunt, że tam byli i sprzedawali pozytywne kopniaki. Od momentu dojazdu do miasta było już coraz bliżej do końca etapu, więc nie szczędziłem sił na te ostatnie kilometry. Tuż przed strefą zmian wyjąłem nogi z butów żeby bezpiecznie i szybko zeskoczyć z roweru i w tym momencie poczułem skurcze w łydkach. Miałem nadzieję, że nie utrzymają się długo i zaraz je rozbiegam. Niestety podczas całego biegu czułem, że każde mocniejsze odbicie może zakończyć się skurczem, dlatego też biegłem dosyć zachowawczo. Poza tym chyba lekko przegiąłem na rowerze i podczas biegu opadałem powoli z sił. Swoje dołożył też zeszłotygodniowy start na dystansie 1/4 IM oraz opóźniony o godzinę start i przez to rozregulowane odżywanie na trasie. Na szczęście rodzinka (rodzice i żona) dodawała otuchy w kluczowych momentach i dziarsko zmieniali miejsca, z których kibicowali tak, żebym zobaczył ich jak największą ilośc razy podczas całego biegu. Największym wyzwaniem trasy biegowej okazały się podbiegi pod ulicę Karową, o której komentatorzy barbórki mówią, iż "potrafi ugościć każdego". Tego dnia byłem chyba nieproszonym gościem... 
Bardzo dobrym pomysłem było rozstawienie na tym właśnie odcinku zespołów muzycznych oraz punktów żywieniowych, z których regularnie korzystałem.
"Gary move out! "
Zbliżając się do mety zacząłem doganiać jednego zawodnika. Zerknąłem na jego imię na numerze startowym. To był Gary. Przez kilkadziesiąt metrów biegliśmy jednym, spokojnym tempem, do czasu skrętu na długą prostą finiszu. Przyspieszyłem. Gary również. Wszedłem na maksymalne obroty. On też. Widać obydwaj chcieliśmy dać widzom ładne widowisko na ostatnich metrach. Gary wyglądał na starszego ode mnie jednakże nie dawał za wygraną. W myślach krzyczałem "Gary move out. Gotta keep him at bay." :-) jak w tym popularnym filmiku na youtube z aligatorem i kajakarzem. Na metę wbiegłem tuż przed Garym, co jednak w finalnym rozrachunku nie miało znaczenia, bo Gary startował w późniejszej fali, więc i tak był szybszy ode mnie mimo, że przekroczył linię mety chwilę po mnie.
Jeszcze tylko odbiór fajnej koszulki finishera, szybki grawer nazwiska oraz czasu na medalu i można było zawinąć się z tym całym majdanem worków i sprzętu do domu. Czekając na przystanku na autobus udało mi się jeszcze przyciągnąć uwagę jakiegoś lumpa. Podejrzewam, iż mógł go zachęcić mój zapach po zawodach poniekąd zbliżony do jego naturalnego:-)
W dwóch słowach - impreza z rozmachem, ale wymaga jeszcze kilku drobnych szlifów.












Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wegetariańska dieta ketogeniczna - One More Luv - recenzja

Wstęp Kiedy waga łazienkowa pokazała bez ostrzeżenia numerek zaczynający się od cyfry 9 postanowiłem zareagować. Jako, że miesiąc temu miałe...