poniedziałek, 6 czerwca 2016

Triathlon Ślesin 2016 - 1/4 IM

carbo-loading
Co tu dużo mówić... Wymarzona pogoda na start. Temperatura 24 stopnie, słońce i jakiś taki spokój wewnętrzny. Oczywiście ten spokój odczuwalny był dopiero w momencie startu. Do tego czasu tabun myśli przetaczał mi się przez głowę. Czy pobiję zeszłoroczny czas? Czy nie złapię gumy? Czy mnie nikt nie podtopi? Czy złamię wymarzone 3h? itp. itd. 
Po sygnale startowym spokojnie włączyłem stoper, zablokowałem przyciski i wszedłem (nie wbiegłem) do wody. Płynęło mi się bardzo dobrze i równo. Nikt mnie tym razem nie podtopił, nie opiłem się wody,  chociaż było kilka klepnięć i kopnięć, w większości mojego autorstwa.
drużyna wsparcia
Po stromym podbiegu do strefy T1 spędziłem w niej chwilę walcząc z pianką, która dzielnie stawiała opór, nie chciała współpracować i dać się ściągnąć z kostek. 
Część rowerową, mimo miejscami silnego wiatru w twarz, również pokonałem spokojnie. Starałem się maksymalnie wykorzystać wszelkie możliwe zjazdy, aby nadgonić czas stracony na podjazdach i walce z wiatrem. W porównaniu z zeszłym rokiem cały czas widziałem kogoś przed sobą. Nie wiem czy to kwestia lepszej formy i zrzuconych 6 kilogramów, czy było po prostu więcej zawodników.
Tuż po rozpoczęciu biegu złapał mnie mały skurcz w łydkę zmuszając do chwilowego zwolnienia i przyzwyczajenia mięśni do innego rodzaju wysiłku. Kurtyna wodna rozstawiona w połowie trasy biegowej sprawiała cudowną ulgę, tak samo jak woda ze zraszacza, którą na trasie polewał biegnących jeden z miejscowych kibiców. W tym roku jakoś ciężko mi było pić wodę w punktach kontrolnych. Wraz z płynem łapałem dużo powietrza, które po jakimś czasie musiało w końcu opuścić ciało me otworem paszczowym :-) Rycząc niczym ranny łoś oznajmiałem swoją obecność na trasie, no ale w końcu to duży wysiłek i moim zdaniem do wybaczenia.
T2 - koniec trasy rowerowej
Już na początku biegu wiedziałem, że mam szanse na złamanie 3 godzin. Przestawiłem na wyświetlaczu pulsometra ekran na ten pokazujący czas całkowity i starałem się spiąć, aby sprostać zadaniu. Na szczęście mogłem, jak i na całej z resztą trasie, liczyć na moich kibiców, którzy dodawali mi sił na kolejnych pętlach. Gdy pod koniec czwartego okrążenia oczom mym ukazała się meta z zegarem pokazującym 02:58:00 wiedziałem, że osiągnę swój cel. Z czasem 02:58:35 pobiłem swój rekord życiowy i przy okazji trasy ślesińskiej o 9 minut i 39 sekund. 
Na mecie czekała już na mnie rodzina oraz Adam z drużyny TRI4fun Team Piaseczno, z którym to zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie. 
Zdecydowanie polecam starty w Ślesinie. Fajne trasy, widoki, miejscowi kibice i generalnie atmosfera zachęcają do powrotu w to miejsce, co rok.


Niech ryczy z bólu ranny łoś,
Zwierz zdrów przebiega knieje,
Ktoś nie śpi, aby spać mógł ktoś.

To są zwyczajne dzieje.

William Shakespeare


TRI4fun Team Piaseczno na mecie
A poniżej krótka relacja filmowa.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wegetariańska dieta ketogeniczna - One More Luv - recenzja

Wstęp Kiedy waga łazienkowa pokazała bez ostrzeżenia numerek zaczynający się od cyfry 9 postanowiłem zareagować. Jako, że miesiąc temu miałe...