niedziela, 4 października 2015

37 PZU Maraton Warszawski - relacja

29 sierpnia 2015 - 29 dni do startu

Dziś wg rozpiski treningowej miało mieć miejsce najdłuższe pod względem czasowym wybieganie, tj. 3.5h biegu. Niestety nie udało mi się go zrealizować. Nie chodziło wcale o brak kondycji, bo biegnąc ze średnim tempem 7:50 min/km trudno się zmęczyć, a takie tempo gwarantuje mi ukończenie maratonu w wyznaczonym limicie 6 godzin. Chodziło przede wszystkim o kolana. Myślałem już, że pozbyłem się tego problemu kupując buty z dobrą amortyzacją i stosując wkładki ortopedyczne niwelujące skutki płaskostopia podłużnego i poprzecznego. Fakt, że wkładki mają już rok i w listopadzie  warto by je wymienić, ale z drugiej strony przebiegłem w nich niewiele ponad 1000km. 
Koniec końców przebiegłem dystans półmaratonu czując się fatalnie, nie mogąc zrealizować założonego celu. Pamiętam jak wspaniale się czułem przebiegając półmaraton w marcu z czasem niewiele ponad 2h. Co się stało od tamtego czasu? Wtedy biegłem długim krokiem, teraz drobiłem małymi kroczkami, aby niby odciążyć kolana. Może z drugiej strony szybsze pokonanie dystansu skraca czas, w którym narażamy organizm na ponadprzeciętny wysiłek i dzięki temu unikamy kontuzji? Co robić? Nie wiem...
Zaczynam się coraz bardziej obawiać startu. Nie chcę się nabawić kontuzji, ale jednocześnie chcę ukończyć ten wyścig, szczególnie, że biegnę dla fundacji SYNAPSIS i moim startem zbieram pieniądze na rehabilitację jej podopiecznych, czyli dzieci dotknięte autyzmem.
Może warto postarać się zgubić jeszcze z 2.5 kg, ale perspektywa tygodniowego urlopu mocno utrudnia to przedsięwzięcie...

02-09 września - urlop

Czas spędzony w hotelu wpłynął zdecydowanie na moją wagę zwiększając ją o całe 2 kilogramy. Strach pomyśleć co by było gdybyśmy z żoną w miarę aktywnie nie spędzali czasu! Opcji było wszak sporo: conajmniej 50m basen o średniej głębokości 1.5m idealny do treningów porannych i wieczornych, plaża w kierunku miasta Rethymno po 2.5km dająca możliwość kontynuowania biegu po brukowanym deptaku, wycieczki i spacery po okolicy. Jedynie tras rowerowych nie sprawdziłem, ale w sumie to nie widziałem nikogo w okolicy trenującego na rowerze.
W oddali majaczy Rethymno.
10 września 2015 - 18 dni do startu

Zdecydowany i konkretny powrót do diety i regularnych treningów. Mam nadzieję już po tygodniu zobaczyć skutki.

14 września 2015 - 14 dni do startu

Na koncie mojej zbiórki dla fundacji SYNAPSIS stagnacja, tj. 400PLN. Dziś wysyłam maila do znajomych oraz kolegów i koleżanek z pracy o możliwości umilenia/uprzykrzenia mi maratonu poprzez zaproponowanie utworu do playlisty. Przyjmę każdą propozycję. Jedyny warunek to wpłata datku w dowolnej kwocie poprzez stronę:


25 września 2015 - 2 dni do startu

Kilka osób zdecydowało się umilić mi życie podczas biegu i zaproponowało kilka na prawdę fajnych i energetycznych kawałków. Dzięki nim udało się podnieść ilość zebranych pieniędzy dla fundacji do 734PLN.

Co do samopoczucia, to ostatnie kilka dni w pracy wyssały ze mnie całą energię. Tylko sobota zostanie mi na regenerację. Mam nadzieję, że rozluźnię się trochę podczas odbioru pakietu startowego, imprezie PIXELHEAVEN oraz "dżem session" organizowanym przez fundację dla osób biegnących w jej barwach.

27 września 2015 - dzień wyścigu

Waga pokazuje 87,9kg. Nie jest źle biorąc pod uwagę dżem party dnia poprzedniego. Bez wyrzutów sumienia można było się najeść naleśników i gofrów z różnymi dżemami i konfiturami domowej roboty.

Nastrój dobry, standardowe lekkie zdenerwowanie przed startem. Zawsze tak mam, nawet jak biegnę w zawodach na 5km :-)

Start przewidziany na godzinę 9:00, więc z domu ruszamy z Moniką przed 8:00 (Monika tego dnia brała udział w sztafecie maratońskiej). Udaje nam się dotrzeć tuż przed startem. Odwiedzam zapobiegawczo toi toia i wychodząc z niego słyszę "start". Świetnie. Na szczęście zanim tłum startujący na czasy w okolicach 3:00-4:30 się przewalił, ja byłem już w swojej strefie. Jak to na starcie bywa, euforia i tłum niesie naprzód. Do tego stopnia, że zapomniałem podciągnąć opasek kompresyjnych. Zreflektowałem się jednak po jakichś 500m i w pełni już ubrany jak trzeba ruszyłem dalej.
Start. Jeszcze humor dopisuje.
Przez pierwsze 10km delektowałem się biegiem po Saskiej Kępie i Gocławiu, po znanych i nieznanych ich zakamarkach. Na Paryskiej mieszkała kiedyś moja babcia. Prawie przebiegliśmy pod jej oknami :)
10km - jeszcze w formie...
Po 12km mijam pierwszy punkt zmiany sztafet i dowiaduję się od Klaudii biegnącej w pierwszej zmianie ile minut przede mną jest moja żona. Dopadam ją dopiero za mostem, za punktem kibicowania fundacji SYNAPSIS i witam przyjaznym klepnięciem. Idzie jej świetnie! Mnie również. Ucinam sobie pogawędkę z osobą, która tak, jak ja biegnie dla dzieciaków. Jest super mimo, że zaczynam lekko już czuć kolana.
Po wybiegnięciu z Łazienek widzę czekających rodziców, a kilkadziesiąt metrów dalej teściów. Kolejne "doładowanie" pozytywnej energii niesie mnie dalej.
Zdjęcie z rodzinnego punktu kibicowania.
Po 21km, tuż za drugim punktem zmiany sztafet na rowerze czeka Kuba. Kolana bolą coraz bardziej. Zaczynam wątpić w te wszystkie cuda wianki i nie wiadomo jakiej klasy amortyzacje w butach. Kuba - jednoosobowa, mobilna stacja dopingująca jest dla mnie wsparciem dla umysłu, ale też i ciała częstując bananami.

Zmęczenie daje o sobie znać.
Kolana bolą coraz bardziej. Na 24km dogania mnie jakiś tajski bokser i z całej siły kopie w łydkę. Skurcz przyszedł tak nagle, że byłem przekonany, że ktoś na prawdę mnie kopnął. Od tego momentu przechodzę w marszobieg. Staram się zachować podział 200m marsz, 800m bieg. Podział ten zostaje zachowany do 32km, kiedy to każda podjęta próba zerwania się do biegu kończy się natychmiastowym skurczem łydek.
Dobra mina do złej gry...
Kolana bolą, nieustanne skurcze, zaczynam się obawiać zdjęcia butów, bo czuję, że mam gigantyczne bąble na obydwu stopach, pasek z bidonami mocno obciera plecy (za dużo napchałem do kieszeni z telefonem) łzy same cisną się do oczu. Co ja tu robię? To kolejny raz kiedy rozważam zejście z trasy, ale coś mnie jednak powstrzymuje. Co?

1. Nie mogę zawieść dzieciaków i wszystkich tych, którzy wzięli udział w mojej zbiórce
2. Nie mogę zrezygnować, bo cała moja teoria, że mogę osiągnąć wszystko jeśli tylko się zepnę legnie w gruzach
3. Pole "race predictor" w moim Garminie wskazuje, że jeśli nawet będę jedynie szedł, to zmieszczę się w limicie czasowym.
4. Jest to ostatni maraton z finiszem na Stadionie Narodowym - cokolwiek to oznacza
5. Dzień wcześniej zakupiłem koszulkę finishera i głupio by było nie móc jej założyć :-)
Brak sił by udawać, że wszystko jest ok.
Zaciskam więc zęby i idę. Staram się utrzymać tempo 9:15 min/km mimo, że co jakiś czas i tak dostaję kolejne kopnięcia po łydkach. Cholerny tajski bokser! Odliczam każdy przebyty kilometr. Wsłuchuję się w słowa piosenek, które ustawiłem sobie w liście odtwarzania.

- "Fuck you, I won't do what you tell me..." - to powtarzałem wewnętrznemu głosowi, który kazał mi zejść z trasy

- "…Бесконечный бег…Пока жив я могу стараться на лету не упасть..." - ze ścieżki dźwiękowej filmu "Ghost in the shell"

- "We are the champions - my friend, and we'll keep on fighting till the end..." - komentarz zbędny

- "Went the distance, now I'm not gonna stop. Just a man and his will to survive..." - wsparcie od Rocky Balboa

Dzięki nim jakoś docieram do stadionu. Przed przekroczeniem jego progu staram się lekko podbiec. Chcę przekroczyć linię mety pokracznym, ale biegiem. Udaje się. Euforia i wielka satysfakcja.
Ostatni krok...
Masaż, resztka zupy pomidorowej z dna garnka i do domu.

Spaliłem łącznie 3476kcal z czego podczas biegu uzupełniłem grunwaldzką wartość 1410 kcal.
- Etixx - energy gel - szt.5 - w sumie 480kcal; Sód 780; Potas 1855
- banan - szt.3 - w sumie 342kcal
- izotonik 4move - szt.3 - w sumie 588kcal
- ok. 1.5-2.0 litra wody (może to za mało??)

Chętnie posłucham, co mogłem zrobić inaczej, żeby uniknąć wszystkich tych problemów, które miałem. Podzielcie się doświadczeniem.


28 września 2015 - dzień po wyścigu

"Am I dead or am I living? I'm too afraid do care. I'm too afraid to know." - Sting - "Something the boy said"

Wegetariańska dieta ketogeniczna - One More Luv - recenzja

Wstęp Kiedy waga łazienkowa pokazała bez ostrzeżenia numerek zaczynający się od cyfry 9 postanowiłem zareagować. Jako, że miesiąc temu miałe...